Jak ratować świat w swojej kuchni, czyli trochę o żywności organicznej

Organiczna uprawa

Obserwując świat wokół nas możemy dojść do przykrego wniosku, że nie do końca nadążamy za zmianami, które zachodzą teraz w tak zawrotnym tempie. Różnego rodzaju nowe technologie, wysoko przetworzone produkty i nieznane jeszcze niedawno substancje chemiczne to rozwiązania, które z jednej strony są często ogromnym udogodnieniem, z drugiej jednak wyzwaniem, z którym musimy się zmierzyć- zarówno my, jak i nasza planeta.

Zmiany klimatyczne, problemy zdrowotne, choroby cywilizacyjne, drastycznie zanieczyszczone środowisko- to tylko niektóre z tych wyzwań. Jest wiele sposobów, w jakie na co dzień, prywatnie, możemy walczyć o lepszą przyszłość naszą i naszej planety. Jednym z nich zdecydowanie jest wybieranie żywności organicznej i ekologicznej. Dlaczego?

Warto najpierw wyjaśnić, czym jest żywność organiczna. Są to takie produkty, które zostały wyhodowane z zastosowaniem jedynie w pełni naturalnych metod- a więc bez dodatku pestycydów, sztucznych nawozów czy innych toksycznych chemicznych, oraz wolne od GMO. Można więc być absolutnie pewnym co do ich dobroczynnego wpływu, są one bowiem naturalnym źródłem witamin i minerałów.

Najsilniejszym argumentem przemawiającym za wyborem żywności organicznej jest zdecydowanie prozdrowotność. Produkty bez certyfikatu organiczności to jedna wielka niewiadoma pod względem chemicznego składu. Pryskane, sztucznie nawożone, konserwowane, modyfikowane- stanowią istną bombę biologiczną dla naszego organizmu. Często powielanym mitem jest kontrargument „ale przecież pestycydy można po prostu zmyć, wystarczy umyć produkty”. Chcielibyśmy go tu obalić: substancje chemiczne, którymi pryskane są owoce i warzywa, trwale wnikają wewnątrz struktury rośliny, przez co mechaniczne usunięcie ich po prostu nie jest możliwe. Można co prawda dokonać tego za pomocą oddziaływania chemicznego na zakupione produkty- używając ozonatora lub czyszczenia sodą oczyszczoną. Jednak sposoby te nie są ogólnodostępne ze względu na cenę i wysiłek oraz czas, które trzeba zainwestować w ich praktykowanie. Poza nimi jedyną ucieczką przed szkodliwymi substancjami jest inwestycja w żywność organiczną.

Organiczna herbata Moya Matcha

Często można natknąć się na ironiczne pytanie przeciwników żywności ekologicznej: „Jeśli żywność przetworzona rzeczywiście jest tak niebezpieczna, to jak to możliwe, że wszyscy żyjemy?” Zapominają oni o pewnej zdradliwej kwestii: wyniszczające efekty spożywania tak silnie przetworzonych wyrobów mogą nie być widoczne od razu. Niestety zawartość modyfikowanej żywności- pestycydy i sztuczne nawozy- kumuluje się w organizmie. W efekcie skutki stają się odczuwalne dopiero po wielu latach- i są katastrofalne. Niewydolność nerek, reakcje nowotworowe czy dotkliwie uszkodzenia wątroby to tylko niektóre z nich.

Taki stopień przetwarzania produktów żywnościowych sieje spustoszenie nie tylko w naszych organizmach- stanowi on także ogromne zagrożenie dla środowiska. Nasz ekosystem to niezwykle złożona struktura, w której znaczenie ma każda istota i każdy czynnik środowiskowy. Modyfikacja chociażby jednego z ogniw tego łańcucha skutkuje zmianami, których nie jesteśmy w żaden sposób w stanie przewidzieć. Ingerencja człowieka w funkcjonowanie ekosystemu jest więc niezwykle niebezpieczną grą. Efektem pryskania, genetycznych modyfikacji i nawożenia są stałe zmiany w środowisku naturalnym oraz zanieczyszczenie gleb, wody i powietrza toksycznymi substancjami, które migrując wraz z deszczami migrując zatruwają ogromne obszary. Pod ich wpływem giną gatunki, które okazują się niezbędne dla przetrwania kolejnych- i cała ta krucha konstrukcja powoli zaczyna upadać.

Organiczne hodowla i konsumpcja rzeczywiście wymagają nieco więcej wysiłku niż masowa, sfabrykowana produkcja. Mniejsze, ekologiczne gospodarstwa nie są aż tak wydajne jak ogromne, pryskane plantacje. Jednak warto się zastanowić czy światu nie należy się przysługa w postaci rozsądnego, zbilansowanego korzystania z jego zasobów. Coraz więcej gospodarstw i producentów orientuje się, że to ostatni moment, aby skierować się w stronę organicznej uprawy. Jedną z takich firm jest nasza Moya Matcha- nasze produkty powstają w całości na niewielkich, rodzinnych plantacjach. Herbaciane liście wzrastają w zgodzie z matką naturą, która odwdzięcza się nam ich niepowtarzalnym smakiem i dobroczynnymi właściwościami- tak jak to robi w przypadku każdej wyhodowanej w ekologiczny rośliny.

Ceny produktów organicznych mogą zniechęcać do ich konsumpcji i hodowli. Jednak warto zrobić sobie przysługę i zdecydować się na ten niewielki wydatek. Twój organizm i świat Ci za to podziękują

Organiczna żywność

Wpis ten powstał w ramach akcji Organic September (Organiczny Wrzesień). Więcej informacji na temat organicznej konsumpcji oraz samej akcji zaleźć można na stronie organizatora akcji: brytyjskiego stowarzyszenia Soil Association. 

Dieta sirtfood – poznaj wspólny projekt Proszę Zdrowie i Moya Matcha

Dieta sirtfood – czym to się je?

Dieta sirtfood została opracowana przez dietetyków Glena Mattena i Aidana Gogginsa, a popularność zyskała za sprawą Adele, gdy piosenkarka schudła w zdrowy sposób aż 45 kilogramów. O sirtuinach świat nauki wie jednak od dawna, a my pisaliśmy o nich np. w zakładce „Herbata matcha – Badania naukowe”. Sirtuiny są to białka enzymatyczne występujące w organizmach żywych, również u ludzi. Potrafią wyciszać geny odpowiedzialne za procesy starzenia, obumieranie komórek i stany zapalne organizmu, a także wpływać na uregulowanie procesów metabolicznych, zwiększać redukcję tkanki tłuszczowej, a nawet poprawiać ludzką odporność na stres. Badania nad działaniem sirtuin prowadzone są od lat 80 ubiegłego wieku, kiedy to w 1984 znaleziono w drożdżach pierwszą sirtuinę  i nadano jej nazwę sir2. Do aktywacji opisanego działania niezbędne jest dostarczenie do organizmu polifenoli, czyli antyoksydantów zawartych w takich produktach jak matcha i zielona herbata. 

 

Pobierz ebook „Poradnik Sirtfood” stworzony z Proszę Zdrowie

„Poradnik Sirtfood” to 6-częściowy autorski ebook zawierający niezbędne informacje na temat diety sirtfood, zalecenia dietetyka oraz autorskie przepisy na dania z matchą, które są polecane w kolejnych etapach diety. Aby otrzymać ebook, należy zapisać się do newslettera moyamatcha.com lub proszezdrowie.pl. Link do pobrania pliku PDF zostanie wysłany w mailu potwierdzającym zapis. Osoby, które były zapisane do newslettera wcześniej, otrzymują kolejne części ebooka w dniu ich premiery. Mamy nadzieję, że dołączycie do nas na tej sirtuinowej drodze. Zapraszamy!

O projekcie

„Poradnik Sirtfood” to jedyny w Polsce projekt edukacyjny poświęcony wegańskiej bezglutenowej wersji diety sirtfood. Tworzymy go wspólnie z cateringiem Proszę Zdrowie prowadzonym przez trzy wspaniałe kobiety, którym, tak jak nam, szczególnie bliskie jest zachowanie życiowej równowagi i balansu między zdrową dietą a przyjemnością. W ramach poradnika odbywają się także webinary na Facebook LIVE i Instagram TV. 

O cateringu dietetycznym Proszę Zdrowie

Proszę zdrowie to trójka kobiet, a dokładniej mama i dwie córki, dla których zdrowie i smak idą w parze, a jedzenie łączy się z przyjemnością. Takie podejście wyniosły z domu, gdzie kuchnia zawsze była najważniejszym miejscem, a jedzenie drogą do zdrowego serca i rozumu. Mama – Małgosia, z wykształcenia dietetyczka – pokazała Agnieszce i Natalii, że wspólne przygotowywanie posiłków, a potem delektowanie się nimi w miłym towarzystwie, jest rodzajem świętowania na co dzień. Dzisiaj wspólnie prowadzą bezglutenowy i wegański catering dietetyczny, według prostej filozofii: w zgodzie z naturą, bez presji kalorycznej, w spokoju i z szacunkiem dla ciała, bez strachu przed tłuszczami, z wodą za pan brat, różnorodnie na co dzień. W ofercie Proszę Zdrowie można zamówić dietę sirtfood i skosztować pysznych dań, również na bazie matchy od Moya Matcha.

 

Kendō, tradycyjny trening samurajów kształcący umysł i ciało

Wciąż mało kto wie, że matcha ma wiele wspólnego z kulturą samurajską, a więc i z tradycyjnymi sztukami walki wywodzącymi się z tradycji samurajskiej, na przykład kendō. Samurajowie od około XIII wieku używali napoju z herbatą matcha jako środka poprawiającego koncentrację i wytrzymałość, który pity przed pojedynkiem miał pozytywnie wpłynąć na jego wynik. Co więcej, przez wieki przygotowali oni nawet rozbudowany model przygotowania i konsumowania matchy zwany wabi. Ta filozofia dała podwaliny ceremonii herbacianej, takiej, jaką znamy dziś. Niektóre przekazy podają również, że podczas spotkań, samurajowie zwykli popijać matche z jednego kubka, co było traktowane jako swoisty rytuał, mający na celu scementowanie boskiej woli, zaufania i lojalności.

Kendō to japońska odmiana szermierki sportowej, prowadzona przy użyciu mieczy bambusowych. Jest jedną z japońskich sztuk walki określanych wspólnym mianem budō, do których należą między innymi cieszące się większą popularnością i rozpoznawalnością w Polsce sztuki walki takie jak aikidō, judō czy karate. Mało kto jednak wie, że to właśnie kendō pozostaje najszerzej trenowaną tradycyjną sztuką walki w Japonii, przewyższając poprzednio wymienione sporty o setki tysięcy ćwiczących.

Głównym celem treningu kendō jest, poprzez ćwiczenia fizyczne, dążenie do kształcenia umysłu i ciała oraz rozwoju osobowości. Stąd końcówka dō, w japońskim tłumaczeniu „droga“. W Japonii kendō jest postrzegane jako „sztuka walki na całe życie”, jako że można je uprawiać w każdym wieku bez ryzyka kontuzji, które dotykają głównie profesjonalnych zawodników. Najsilniejsi zawodnicy to jednak właśnie ci, którzy rozpoczęli rygorystyczny trening jako dzieci oraz kontynuowali go przez szkołę podstawową, średnią i uniwersytet, często zdobywając mistrzostwo w tej dziedzinie już jako policjanci czy nauczyciele. Dlaczego? Kendō jest szeroko uprawiane wśród funkcjonariuszy służb mundurowych i to właśnie dlatego osoby chcące odnosić sukcesy sportowe często wybierają właśnie te zawody. W Japonii nie sposób znaleźć osoby, która nie miała z kendō styczności, czy to w szkole (na obowiązkowych lekcjach wychowania fizycznego można wybierać spośród kendō czy judō), w klubach uniwersyteckich czy poprzez prywatne dōjō (kluby sportowe).

Kendō wywodzi się bezpośrednio z bojowej szermierki samurajskiej, której historia sięga XI wieku. Różne jej szkoły rozwijały się aż do połowy XIX wieku, kiedy to wprowadzono zakaz noszenia mieczy przez samurajów. W początkach XVII wieku do treningu zaczęto stopniowo wprowadzać ochraniacze i miecze ćwiczebne pozwalające na zadawanie pełnych cięć, a tym samym na toczenie bezkrwawych pojedynków. Zastosowanie mieczy ćwiczebnych, najpierw drewnianych, a z czasem bambusowych oraz solidnych ochraniaczy wzorowanych na zbroi samurajskiej, pozwoliło ćwiczyć bardziej dynamicznie i toczyć walki sparingowe. Wprowadzone z czasem zasady treningu pozwalały na stopniowe ograniczanie dopuszczalnego obszaru zadawanych cięć, a także eliminacji technik zagrażających bezpieczeństwu walczących. Zasady ćwiczeń wprowadzone wtedy, ewoluując, dały podwaliny temu, co dziś znamy jako kendō.

Do dziś kendō jest cenione nie tylko ze względu na swoją historię i walory wychowawcze, ale również ze względu na swoją bezkontuzyjność i jasne zasady walki. W kendō dozwolone są jedynie ataki na określone miejsca na ciele przeciwnika, zasłaniane przez ochraniacze. Są to cięcia w głowę, przedramię, tułów i pchnięcie w krtań. Aby atak został uznany za poprawny (ippon), musi spełnić odpowiednie kryteria. Jest to część koncepcji ki-ken-tai-ichi, co oznacza „jedność miecza, ducha i ciała”, według której cięcie powinno być wykonane właściwą częścią miecza z odpowiednią siłą, pracą ciała i okrzykiem. Oprócz tego, po akcji należy wykazać czujność i gotowość do dalszej walki. Tylko wtedy atak uznaje się za skuteczny. Ataki przypadkowe nie są uznawane za prawidłowe. To właśnie dlatego w kendō ważne jest dążenie do perfekcji poprzez wyczerpujące treningi i mozolne powtarzanie ćwiczeń mających na celu poprawę nawet drobnych błędów. Dyscyplina, wytrwałość i wysiłek włożone w ten proces przyczyniają się do rozwoju osobowości i charakteru ćwiczących.

Dzisiaj kendō jest sportem uprawianym na szeroką skalę na wszystkich kontynentach, nadzorowanym przez Międzynarodową Federacje Kendō i odpowiednie federacje kontynentalne. W jego ojczyźnie odnotowuje się około 2 miliony trenujących. W Polsce zarejestrowanych jest około 500 ćwiczących w 26 klubach, a na całym świecie liczba zawodników wynosi około 5 mln. Z uwagi na dużą popularność japońskiej kultury i popkultury, z roku na rok rośnie liczba ćwiczących, również w Polsce. Co ciekawe, Reprezentacja Polski jest obecnie uznawana za jedną z najlepszych na świecie – wśród jej osiągnięć można wymienić podwójne 3 miejsce na ostatnich Mistrzostwach Europy i 8 miejsce Reprezentacji Kobiet na ostatnich Mistrzostwach Świata.

Kendō pozostaje niezwykle znane na całym świecie ze względu na swoją bogatą historię i walory wychowawcze. Za sprawą rosnącej popularności kultury japońskiej, jego popularność również wzrasta. Pozostaje nam czekać, aby przekonać się, czy przewyższy liczbą zawodników inne sztuki budō.

Moya Matcha była partnerem Europejskiego Turnieju Kendo dla kobiet, który odbył się 15 lutego 2020 w Warszawie. Artykuł został napisany przy współpracy ze współorganizatorem turnieju, Polskim Związkiem Kendo.

Wywiad z Maią Sobczak z Qmam Kasze

Wywiad z Maią Sobczak, autorką książek i bloga „Qmam Kasze”

Z porannej matcha latte Maia uczyniła już nieodłączny codzienny rytuał. Każdy dzień zaczyna od jej roślinnej wersji. Najbardziej ceni oczyszczające, energetyzujące i odżywiające ducha działanie japońskiej matchy. O swojej kuchni i holistycznym podejściu do wszelkich spraw, opowiada Mariannie Medyńskiej.

Czas czytania: 8 minut 

Prowadzisz aktywny i intensywny tryb życia –  udzielasz konsultacji dietetycznych, wydałaś trzy książki, organizujesz warsztaty i wykłady, piszesz bloga, który niedawno przeszedł odświeżenie. Jednocześnie jesteś propagatorką slow life. Jak udaje ci się żyć z dala od nerwów, a jednocześnie załatwiać tyle spraw? Masz jakieś techniki, które pomagają to pogodzić?

Nie mam magicznych sekretów, ale kilka codziennych sposobów, które pomagają mi osadzić się w sobie. Każdego ranka praktykuję jogę, która pozwala mi się wyciszyć, dobrze rozpocząć dzień. Znajduję przestrzeń, uspokajam oddech i myśli. Szczotkuję też ciało na sucho, żeby pobudzić krążenie i przyjemnie rozbudzić skórę. Potem kubek wrzątku i wspólna matcha latte, pita zazwyczaj całą rodziną, w łóżku. Dopiero później rzucamy się w wir obowiązków – każdy je ma, szczególnie jeśli robi się wiele rzeczy naraz. Nie będę udawać, że mnie nerwy i wciąż przyspieszające życie nie dotyczy. Staram się wyhamować, jak mogę i nie dać się wciągnąć w ten kołowrotek, ale wychodzi różnie. Pod koniec dnia staramy się wyjść na dłuższy spacer, też razem, żeby pobyć ze sobą i pooddychać naturą. To z niej czerpię prawdziwą moc i spokój. To ona pokazuje mi, co jest tak naprawdę ważne.

Natura, a więc i naturalne leczenie, w którym się specjalizujesz. Jak zaczęło się Twoje zainteresowanie medycyną chińską i Ajurvedą?

Po prostu zawsze czułam, że jesteśmy całością a nie oderwanymi od wszystkiego pionkami. Zaczęłam zgłębiać tę myśl i odkryłam medycynę chińską, której to jest filarem. O tym wszystkim mówi też Ajurveda – pierwsza medycyna spisana w hinduskich Vedach. Uwielbiam język, jakim opisuje zjawiska i prawa natury, podejście do świata i właśnie tę szeroką perspektywę. To ona pozwala złapać odpowiedni dystans. Tak, dystans jest kluczowy – trzeba go odnaleźć i dbać, żeby nie wypadł nam z ręki.

Nie napotykasz żadnych trudności praktykując opisane podejście w polskich realiach?

To nietrudne, bo większość tych praktyk odbywa się w głowie. Wystarczy dobrze patrzeć i być otwartym, ciekawym drugiego człowieka… i koniecznie być realistą.

Ciągnie Cię w stronę wschodnich praktyk leczniczych. Kiedy pierwszy raz spróbowałaś matchy?

W domu kolegi, którego żona jest Japonką. Piłam ją też w Azji, to mój ulubiony kierunek, więc nie dałoby rady się gdzieś o nią nie otrzeć. Jadłam zielone azjatyckie słodycze i bułeczki na parze. Matcha bardzo mi podpasowała.

Jak pija się matchę w Twoim domu? Czy Twoja rodzina ma do niej taki sam stosunek jak Ty?

Tak, wszyscy ją lubimy i wspólnie pijemy o poranku. Używamy mleka z orzechów, nasion albo owsa. To dla nas najbardziej zrównoważony smakowo napój. Nawet Radocha, nasz włochaty czworonóg, pokochała ją bez pamięci. Podajemy sobie czarkę, a ona popiskuje żeby o niej nie zapomnieć. Czasami wykorzystuję matchę w przepisach. Ostatnio na przykład robiłam zielony lukier do moich no-waste’owych pączków. Dodaję ją do smoothie, granoli i domowego budyniu. Obtaczam w niej słodkie kulki mocy i dodaję do domowych batonów z suszonych owoców i orzechów.

Dostrzegasz, jak dane smaki oddziałują na samopoczucie i odwrotnie – dopasowujesz je do okoliczności i nastrojów. Jak działa na Ciebie czarka matchy? Które z jej właściwości cenisz najbardziej?

Z jednej strony mamy wartości odżywcze matchy, ich działanie relaksacyjne i energetyzujące, oczyszczenie. Z drugiej – ceremonialność, element medytacji, rytuał związany z mindfullness. Biorę je wszystkie! Uwielbiam to, że matcha dodaje fajnej energii, która nie wybiera z naszej wbudowanej baterii, tylko ją podładowuje. W swoim organizmie dostrzegam w niej jeszcze działanie poprawiające trawienie i nawilżające, szczególnie w wersji z mlekiem, co przy mojej konstytucji jest szczególnie pożądane.

Czy masz ulubiony przepis, którym przekonałabyś do matchy innych?

Jak dla mnie to matcha latte, choć wiem, że może nie od razu wszystkich przekona. Nic na siłę, do smaków się dojrzewa.

Gdzie odnajdujesz złoty środek pomiędzy lokalnością a korzystaniem z dobrodziejstw wszystkich stron świata?

Kupuję to, co piętrzy się na straganach, dodaję do tego przyprawy ze świata lub całkiem zwykłą sól, pieprz i różne zioła, bez których nie wyobrażam sobie kuchni. Można powiedzieć, że element zielonego jest w moim mniemaniu konieczny. Po pierwsze oczyszcza i dotlenia krew, po drugie wspiera ogień trawienny, sprawiając nieopisaną przyjemność jelitom. A po trzecie, bo zielone jest zwyczajnie przepyszne.

Jaka jest Twoja kuchnia na co dzień?

Na co dzień jem dosyć prosto, ale lubię kuchnię kreatywną. Taką zbieraną, w której łączą się różne produkty. Jestem bardzo otwartą kucharką, choć nie znajdziesz u mnie mięsa, ani ryb. Szukam zawsze rozwiązań, nie skupiam się na braku, tylko na wyjściu z sytuacji. To podejście sprawdza się pięknie w innych aspektach życia.

Najważniejszym celem w Twojej kuchni jest zdrowe ciało czy duch? Wiem, że idą ze sobą w parze, ale czy od któregoś łatwiej zacząć, by puścić w ruch serię zmian w organizmie?

W medycynach holistycznych mówi się, że większość naszych niedomagań to choroby ducha, ciało jest tylko ich manifestacją. Ale sygnały od ciała dostrzegamy chętniej. Zwróć uwagę, że dopiero kiedy nas coś boli – naprawdę, fizycznie – reagujemy, żeby pozbyć się tej niewygody. O ile prościej i szybciej byłoby, gdybyśmy potrafili wsłuchać się w siebie i zareagować przy najmniejszych symptomach. Duch wpływa na ciało, a ciało na ducha, cały czas, nawet w głębokiej fazie snu. Ich zdrowie jest współzależne i jednakowo istotne.

Czyli żadne nie mogłoby funkcjonować bez drugiego?

Jesteśmy całością, piękną i niepowtarzalną. Ciało jest domem dla duszy, bez niego nas nie będzie. Jest taki moment, kiedy te dwa aspekty się rozdzielają. Kiedy shen, czyli duch, wędruje do nieba, a yin, czyli ciało, do ziemi. Oznacza to, ni mniej, ni więcej, koniec naszej ziemskiej wędrówki. W każdym innym wypadku są nierozłączne.

Jak gotować, by dbać o nie jednakowo?

W gotowaniu i jedzeniu chodzi o nasycenie się energią danego produktu. O nakarmienie ciała składnikami odżywczymi, a ducha miłością. Ogromne znaczenie ma jakość produktu, ale równie istotne są takie aspekty jak obróbka termiczna, pora dnia, a nawet intencja z jaką się gotuje i je. Kluczowe są połączenia produktów, z jak najbardziej indywidualnym podejściem. Nie dla każdego to samo będzie budujące czy odżywcze! W końcu pięknie się od siebie różnimy, jesteśmy w różnym wieku i kondycji psycho-fizycznej, a więc dla każdego inne elementy będą bardziej pożądane. Gotuję bardzo intuicyjnie, słucham swojego ciała, sprawdzam po czym odczuwam zastrzyk dobrej energii, a po czym głównie jestem zmęczona, mam nie za fajne myśli. To co jem, wnika we mnie, tworzy mnie i buduje lub odwrotnie – zaśmieca mnie i przyciska kolanem do ziemi. Warto o tym pomyśleć i nie dawać się wciągnąć w manipulacje. Nie ma jednego przepisu na zdrowie, ani jednej diety idealnej. 

Opowiedz jeszcze o karmieniu tą miłością. Jaką rolę pełni w Twoim życiu jedzenie, poza swoją domyślną funkcją żywienia organizmu?

Jedzenie i picie to nasze paliwo. Dzięki niemu możemy w dobrej kondycji doświadczać uroków życia. Im lepiej jemy, tym nasze myśli są szerzej uśmiechnięte i wyluzowane. Dobrze brzmi, prawda? Ale samo jedzenie jest też miłością. Powinno być zawsze szanowane i niemarnowane. No i musi być kuszące. Trzeba wręcz poczuć pewnego rodzaju podniecenie, że to, co widzimy przed sobą, za chwilę będziemy jeść. To ważne, bo angażuje cały skomplikowany system trawienny i przygotowuje go do pracy. Tylko jedzenie właściwie strawione ma szansę być rozdystrybuowane dalej po tkankach, tylko wtedy odżywią się nasze nawet najmniejsze komórki, z których istnienia nawet nie zdajemy sobie sprawy. Jak widzisz, ciało i duch znów łączą tutaj siły.

Maia Sobczak – autorka kulinarna, blogerka, nauczycielka jogi i holistycznego stylu życia, foodstylistka. Współpracuje z magazynem KUCHNIA, KUKBUK, GAGA i JOGA, jej przepisy można znaleźć między innymi w Zwierciadle, Super Linii, Cosmopolitan, czy Elle. Współautorka książki „Najlepsze przepisy dla całej rodziny”, autorka bestsellerowej pozycji „Qmam Kasze – czyli powrót do korzeni” oraz “Qmam Kasze – do ostatniego okruszka”. Pasjonuje się wpływem naturalnych składników na organizm i psychikę, wierzy że sekret szczęścia ukryty jest w codzienności, prostocie, zwykłych gestach a dobre podstawy buduje się od dzieciństwa. Mama 11-letniego Hugo, największego krytyka jej poczynań kulinarnych. Uważa, że kuchnia to niesamowite, wyjątkowe miejsce, które łączy i wypełnia ludzi miłością. Gotowanie jest dla niej jak melodia, złożona z różnych smaków, tekstur i wybrzmień, a prawdziwe jedzenie potrafi zdziałać cuda. 

Za pomoc w realizacji zdjęć podziękowania dla Roślinnego Stora!

 

Matcha i joga – dobrana para

Style i zwyczaje sprzed lat nieustannie wracają do łask. W imię powrotu do korzeni coraz chętniej sięgamy do naprawdę wiekowych tradycji. Zmieniamy je w elementy popkultury; i choć dalej skrywają solidne zaplecza w postaci historii czy filozofii, ich obecność we współczesnym świecie wydaje się naturalna i aktualna.

 

 

MODY, KTÓRYM NIE GROZI PRZEMINIĘCIE

Matcha jest bez dwóch zdań modna – budzi zainteresowanie w coraz różnorodniejszych środowiskach, szybko rozprzestrzenia się po kawiarniach i sklepach. Importujemy z Japonii pstrokate słodycze o smaku matchy, dosypujemy ją do „superfoodowych” koktajli, a filiżanka zielonej latte stanowi dobry element wizerunku w internecie. Choć herbata utrzymuje silną pozycję w nowoczesnym wydaniu, niezmiennie pozostaje też częścią archaicznej kultury, którą była pierwotnie na Wschodzie.

Podobnie od długiego czasu jest z jogą. Szkoły się mnożą, organizują kursy, warsztaty wyjazdowe na łono natury i weekendowe ćwiczenia w miejskich parkach. Na rynku dostępne są maty i stroje we wszystkich kolorach tęczy, a wśród instruktorów zdarzają się jogini-celebryci. Mimo XXI-wiecznego kontekstu, joga pozostała tym, czym była u zarania – praktyką rozwoju duchowego.

Modom takim jak te nie grozi na szczęście przeminięcie. Zapoczątkowują one w ludziach zmiany, z których nie rezygnuje się jak z przeterminowanych trendów. Co więcej, zaskakująco dobrze łączą się ze sobą! Choć matcha i joga nie mają wspólnych korzeni w historii i wywodzą się z różnych miejsc na mapie, posiadają cechy uzupełniające się nawzajem w sposób nadzwyczajny.

 

 

HISTORIA

Zielona herbata pojawiła się w Japonii pod koniec XII wieku. Przywędrowała z Chin wraz z buddyjskimi mnichami, dla których była nieodłączną częścią Zen. Zaczęto używać jej w wersji sproszkowanej i narodziła się ceremonia parzenia herbaty – chadō (dosłownie „droga herbaty”). Matcha zwiększała uważność mnichów, pomagała im zachować przytomność umysłu i ułatwiała wejście w stan spokoju – wszystkie te czynniki są do dziś ważne tak podczas medytacji, jak i herbacianej ceremonii, która jest jej niecodziennym rodzajem.

Termin „joga” odnosi się z kolei do całego systemu filozofii indyjskiej zajmującego się porozumieniem ducha z ciałem. Jego najstarsze ślady datowane są na 2300-1500 r. p.n.e. i pochodzą z doliny Indusu. Popularne dziś rodzaje jogi, oparte o pozycje ciała zwane asanami, kontrolę oddechu i techniki oczyszczania, to m.in. hatha, vinyasa czy ashtanga. Na Zachód dotarły „przed chwilą”, bo w połowie XIX wieku.  Obie praktyki są silnie związane z medytacją.

 

 

MATCHA I JOGA – DOBRANA PARA

Matchę uciera się wyłącznie z najmłodszych listków krzewu herbacianego, w których nagromadzona jest energia życiowa potrzebna do wzrostu. A razem z nią ogrom wartości odżywczych! Nie bez znaczenia jest też fakt, że krzewy osłania się w końcowej fazie od słońca, co dodatkowo kumuluje w nich dobroczynne substancje. Przygotowując później czarkę matchy sproszkowane liście spożywamy w całości, przyswajając kilkukrotnie więcej wartości niż w przypadku herbacianego naparu. Należy jedynie pamiętać, by nie zalewać matchy wodą o temperaturze powyżej 80 stopni Celsjusza, która może zaszkodzić zawartym w niej substancjom (oraz niekorzystnie wpłynąć na smak).

Zawarta w matchy kofeina, której stężenie wynosi około 30 mg na 1 g, uwalniana jest stopniowo – wysoka zawartość aminokwasów (przede wszystkim L-teaniny) oraz antyoksydantów spowalnia rozkład jej cząsteczek i sprawia, że zastrzyk energii nie jest gwałtowny jak w przypadku kawy. Płynne uwalnianie długotrwale pobudza organizm nie dezorientując umysłu. Dzięki temu przez kilka godzin działamy na pełnych obrotach, zarówno jeśli chodzi o siły witalne, jak myślenie i koncentrację.

Ta kombinacja efektów czyni z matchy idealną towarzyszkę dla jogi. Z jednej strony to w końcu sport, który wymaga sprawności fizycznej; z drugiej – praktyka bliska medytacji, gdzie kluczowe jest skupienie oraz popularna ostatnio uważność (ang. mindfullness). Warto je łączyć, umożliwiając im pomaganie sobie nawzajem. W parze z czarką herbaty joga będzie przynosić lepsze efekty, a doskonaląc się w niej z czasem będziemy się stawać coraz większymi ekspertami w kwestii matchy – parzenie jej w domu będzie naszą małą ceremonią.

 

Jak powstają najlepsze chaseny w Japonii

 

Wyczekuję tego dnia od samego początku mojej podróży po Japonii. Wyjechałam z miasta już ponad pół godziny temu, według mapy lada moment powinnam być na miejscu. Chwilę krążę między porozrzucanymi po okolicy gospodarstwami, kilka razy muszę zawrócić, w końcu trafiam. Rozpoznaję na bramie skomplikowany znak kanji z nazwiskiem, poprzedniego wieczora starałam się go nauczyć. Gospodarz wita mnie i prowadzi do środka. Przechodzimy przez ogród, w którym leży stosik ściętych drzew bambusowych, za domem widzę kilka rzędów prywatnych krzaków herbaty. Zanim przejdziemy do tego co zaplanowane, wręczam mu omiyage, podarunek z podróży. Przywiozłam oczywiście między innymi naszą matchę z Polski.

Siadam przy stoliku i podziwiam wszystko, co otacza mnie w tym wnętrzu. On dołącza do mnie za chwilę z koszykiem ciastek, nad którymi zamienimy parę słów o tym, co nas czeka. Do tego herbata, której zapach i smak wprawiają mnie w zachwyt. Jest wczesny maj, może być świeża, tegoroczna! Pytam, czy to z własnych zbiorów.

– Cieszę się, że ci smakuje! I mam dobrą wiadomość. To matcha, którą przywiozłaś nam w prezencie. Znasz jej smak, a ja chciałem zobaczyć jak dostrzegasz różnicę. Dzięki temu rozumiesz już o co chodzi w mojej pracy, a nawet jeszcze nie zaczęliśmy!

Siedzimy w salonie pana Juna Tanimura, przedstawiciela dwudziestego pokolenia w rodzinie najstarszych wytwórców chasenów w Japonii. Ich zakład od pięciuset lat działa w rejonie Takayama w prefekturze Nara, skąd pochodzą dziś wszystkie rzemieślniczo strugane chaseny w kraju. Jestem tu, by dowiedzieć się jak powstają.

 

Chasen (jap. 茶筌) to wykonana z pojedynczego kawałka bambusa miotełka, którą spienia się matchę podczas ceremonii parzenia herbaty. To jasne, że używając nieświeżej matchy nie osiągnie się dobrych rezultatów, nawet jeśli roztrzepie się ją najwyższej jakości chasenem. Ale dzisiaj mam zdać sobie sprawę, że działa to trochę w dwie strony. Można korzystać z najlepszej herbaty w Japonii, ale bez równie dobrego chasena nie wyciągnie się z niej całego bogactwa smakowego.

Wprawionemu rzemieślnikowi zrobienie jednego chasena zajmuje mniej więcej trzy godziny. W normalny dzień pracy zakład pana Tanimura wykonuje około trzydziestu sztuk. Zapotrzebowanie jest duże, mimo że nie współpracują z marketami – produkują chaseny tylko dla instytucji związanych z ceremonią parzenia herbaty, oraz na specjalne zamówienia indywidualne.

Idziemy do warsztatu, po drodze znów mijając leżące w ogrodzie drzewa. Pierwszy i najważniejszy krok w tworzeniu chasenów to zdobycie materiału – zdrowego bambusa o odpowiedniej średnicy. Wykorzystuje się jego różne odmiany, w zależności od rodzaju trzepaczki (który zależy z kolei od szkoły ceremonii herbacianej). Co ciekawe, chaseny w ciemnym kolorze wykonuje się dziś z drewna malowanego, nie różnią się więc ceną od tych naturalnych. W przeszłości były one jednak produktami bardzo luksusowymi. Ciemnej barwy nabierał bowiem tylko bambus “wędzony” w dymie nad irori (tradycyjnym paleniskiem w starych japońskich domach) przez minimum sto lat. Postęp technologiczny i nowa architektura ograniczyły zasoby tego (powstającego kiedyś mimochodem) surowca.

 

Świeże drzewa z których mają powstać chaseny powinny być w wieku około trzech lat. Po ścięciu obgotowuje się je w celu usunięcia oleju i zabrudzeń, a następnie, na przełomie stycznia i lutego, rozkłada na uśpionych polach ryżowych, gdzie lodowate wiatry hartują je i wybielają ich naturalną zieleń. Później odkłada się je na dwu- lub trzyletnie leżakowanie, podczas którego drewno suszy się, dojrzewa i nabiera jasnobursztynowej barwy.

Choć do wystrugania jednego chasena potrzebne jest tylko piętnaście centymetrów drewna, z jednego drzewa zwykle udaje się uzyskać trzy, maksymalnie cztery dobre kawałki. Chodzi o umiejscowienie sęku (a dokładniej: węzła) bambusa, czyli wybrzuszone łączenie. Musi znajdować się na precyzyjnie wymierzonej pozycji. Nie ma jednak mowy o marnotrawstwie – z pozostałego drewna pan Tanimura wytwarza inne narzędzia – chashaku (łyżeczkę) i hishaku (“chochlę” do nabierania wody), ale też zwykłe wazony i ozdoby.

Przygotowany pod chasen kawałek bambusa w górnej połowie opiłowuje się lekko bokiem noża. Zmiękcza to jego powierzchnie i ułatwia pracę. Następnie należy naciąć go od góry na pół (tylko na poziomie górnej, opiłowanej części), dalej na cztery, a w końcu na szesnaście odgałęzień o grubości około czterech milimetrów. Uważnym, ale zdecydowanym ruchem odchyla się wszystkie na zewnątrz.

 

Każde odgałęzienie należy następnie naciąć między skórką a miąższem – granicę między nimi widać na zdjęciu, miąższ to wewnętrzna jasna część, którą po oddzieleniu łatwo oderwać. Zostaje tylko cienka, ciemniejsza skórka. Tę należy nacinać dalej, tym razem poprzecznie i gęsto. Powstają igiełki ho, których jest zazwyczaj około stu (w zależności od rodzaju miotełki od szesnastu do stu sześćdziesięciu). Drewno bambusowe jest włókniste i łatwo rozwarstwia się na pojedyncze pasemka, ale nacinanie wymaga czasu i precyzji.

Górną połowę, już pociętą, moczy się następnie w gorącej wodzie, żeby ją uelastycznić. Po około godzinie, pasma ho kładzie się na drewnianej matrycy i ściera od wewnątrz nożykiem, żeby igiełki były jeszcze cieńsze, szczególnie przy końcówkach. A później ręcznie, przy użyciu tego samego ostrza, podwija się je do środka. Ten etap wymaga szczególnej wprawy. Drewno musi być na tyle cienkie, by osiągnęło odpowiednią giętkość, a zarazem na tyle grube, by zachować trwałość. Rzemieślnik robi to na wyczucie, a umiejętność znalezienia złotego środka zawdzięcza długim latom wytrwałej praktyki oraz doświadczeniu przekazywanemu od pokoleń.

 

Teraz każdą igiełkę po kolei opiłowuje się z boków, żeby do jej długich, ostrych krawędzi nie przyczepiała się sproszkowana herbata. To już jeden z ostatnich etapów. Chasenowi brakuje jeszcze nitki. Za jej pomocą oddziela się zewnętrzny rząd ho (połowę igiełek), a po związaniu, nadaje się im ostateczny kształt. Wewnętrzny rząd zaś ukręca się palcami, zwijając ho w skręcony szpic, który w miarę użytkowania będzie się otwierał jak dojrzewający kwiat. I już można grzać wodę na herbatę… Dokładniejsze przyjrzenie się całemu procesowi jest możliwe dzięki nagranemu w pracowni filmowi.

Na pytanie jak długo posłuży taki chasen, pan Tanimura odpowiada wymijająco. Istnieje wiele teorii na ten temat, słyszałam nawet, że niektórzy korzystają z jednego tylko trzy razy – wydawało mi się to nieuzasadnione, okazuje się, że słusznie. Siedzący koło mnie ekspert twierdzi, że w jego rękach każdy chasen działa bezbłędnie przez mniej więcej pół roku codziennego użytkowania. Nie ma na to jednak reguły, wystarczy obserwować sytuację i zamienić chasen na nowy w momencie, kiedy aktualny przestanie spełniać swoją funkcję.

 

Twoja ręcznie spieniona czarka matchy będzie smakować dziś lepiej niż do tej pory, mam rację?

Pobierz ebook „Poradnik Sirtfood”

Pobierz ebook „Poradnik Sirtfood”

W pierwszej cześci ebooka przeczytasz o sirtuinach oraz podstawach diety sirtfood, a także poznasz trzy autorskie przepisy Proszę Zdrowie: przepis na ciągnące ciasteczka kokosowe z matchą przepis na terrina selerowa z matchą i pesto z rukoli przepis na bazylii z...

czytaj dalej
Cold brew tea- herbata na zimno

Cold brew tea- herbata na zimno

„Cold brew” to jedno z haseł przewodnich ostatnich letnich miesięcy. Jest to specjalna metoda przygotowania herbaty, ale w wakacyjnej wersji. Polega na „parzeniu” jej na zimno. Różni się od ice tea tym, że herbatę zalewa się zimną wodą już na etapie parzenia, a nie...

czytaj dalej
Ciastka z matchą według Alexandre’a Couillon

Ciastka z matchą według Alexandre’a Couillon

Przepis na ciastka z matchą i białą czekoladę jest łatwy, krótki i zawsze wychodzi. Ciastka z matchą polecamy szczególnie wtedy, gdy akurat masz niespodziewanych gości lub brakuje ci czasu na zrobienie bardziej czasochłonnego deseru. Idealne ciastka typu „cookies”...

czytaj dalej
Koszyk
Brak produktów w koszyku!
Kwota częściowa
0.00 
Kontynuuj zakupy
0